Przy ulicy Władysława Łokietka w Płochocinie stoi (jeszcze) skromny, drewniany dom. To letni dom Sergiusza Grudkowskiego.

01-DSC04735-Plochocin-Lokietka-dom-S-Grudkowskiego

Płochocin, ulica Władysława Łokietka, letni dom Sergiusza Grudkowskiego

02-DSC04739-S-Grudkowski-Plochocin-Lokietka-7

Dom Sergiusza Grudkowskiego

W chwili obecnej (2021 rok) jest to plac budowy. W głębi powstaje dom jednorodzinny.

03-DSC04740-resztki-ogrodu

Resztki ogrodu

04-DSC04733-swierk-na-wjezdzie

Potężny świerk przy wjeździe na posesję

19 czerwca 2021 roku pojawiło się kilka prac malarza na spotkaniu w filii Biblioteki Publicznej  w Józefowie z autorkami książki „Józefów – takie były początki”.

05-DSC04695-prace-Sergiusza-GrudkowskiegoPrace Sergiusza Grudkowskieg. Zbiory pani Tomiry Dudek.

Akwarela przedstawia pałac w Płochocinie.

1_06-Sergiusz-Grudkowski-palac-w-Plochocinie-1959

Pałac w Płochocinie namalowany przez Sergiusza Grudkowskiego w 1959 roku (opis na odwrocie obrazu).

07-DSC03436-Plochocin-dwor

Pałac w Płochocinie, stan z 2017 roku

Pałac w formie włoskiej willi, wybudowany w połowie XIX wieku dla Józefa Janasza, założyciela osady Józefów wg projektu Henryka Marconiego w miejscu, gdzie stał drewniany dwór Toczyskich.

Dzięki uprzejmości pani Tomiry Dudek można było obejrzeć karykatury wykonane w 1950 i 1951 roku prawnuków Józefa Janasza, Stanisława Samuela i Adolfa Gustawa.

08-DSC04613-Gustaw-Janasz

Karykatura dr Gustawa Janasza. Autor Sergiusz Grudkowski, 1951 rok

09-DSC04718-Stanisław-Janasz

Karykatura Stanisława Janasza. Autor Sergiusz Grudkowski, 1950 rok

Spod ręki Sergiusza Grudkowskiego wyszła też karykatura inżyniera rolnika Bronisława Prüffera (11.10.1900- 27.03.1980), który w 1953 roku został naczelnym hodowcą w nowo powstałej Stacji Hodowli Roślin Płochocin koło Warszawy, a 1 lipca 1959 roku mianowany naczelnym hodowcą Mazurskiej Hodowli Roślin z siedzibą w Płochocinie, później w Olsztynie.

10-DSC04615Karykatura Bronisława Prüffera narysowana w 1955 roku w Płochocinie przez Sergiusza Grudkowskiego

Pani Tomira Dudek (z mężem pracowała w SHR Płochocin) udostępniła akwarelę Sergiusza Grudkowskiego przedstawiającą zabytkową kuźnię w Płochocinie.

11-DSC04727-S-Grudkowski-Kuznia-w-Plochocinie

Kuźnia w Płochocinie. Akwarela Sergiusza Grudkowskiego. Własność pani Tomiry Dudek.

Ten sam motyw kuźni w Płochocinie znalazł się w akwareli Sergiusza Grudkowskiego będącej własnością pana Kazimierza Stachurskiego.

12-SErgiusz-Grudkowski-kuxnia-w-Plochocinie-wl-K-Stachurski

Kuźnia w Płochocinie. Akwarela Sergiusza Grudkowskiego. Własność Kazimierza Stachurskiego

A tak w rzeczywistości wygląda ten zabytek.

13-DSC03389-Plochocin-kuznia-z-1815

Kuźnia w Płochocinie. Zdjęcie z 2017 roku

14-Sergiusz-Grudkowski-Mazurskie-pola-1998-wl-K-StachurskiMazurskie pola – akwarela Sergiusza Grudkowskiego z 1998 roku. Własność Kazimierza Stachurskiego

Pan Kazimierz Stachurski poznał osobiście artystę. Odwiedził go w domu-pracowni w Płochocinie. Podzielił się z czytelnikami wspomnieniem o artyście:

Sergiusz Grudkowski  (11.II.1916 – 10.VI.2008)
żołnierz, malarz kolorysta, inżynier rolnik, podróżnik

Pana Sergiusza Grudkowskiego spotkałem po raz pierwszy późną wiosną 2004 lub 2005 roku w jego letnim domu na Osiedlu w Płochocinie. Wybraliśmy się razem z kolegą z Urzędu Miasta – pułkownikiem Bolesławem Gołębiowskim, który znał go już wcześniej. Bardzo chciałem poznać znanego malarza, mistrza techniki akwarelowej, ucznia Jana Cybisa z Warszawskiej ASP. Było słoneczne czerwcowe przedpołudnie, w ogrodzie pana Sergiusza kwitło mnóstwo kwiatów, najwięcej było piwonii: białych, blado-różowych i mocno różowych, kwitły także łubiny, nasturcje, nagietki i krzewy jaśminu. Gospodarz w jasnej koszuli i słomkowym kapeluszu był w dobrym humorze. Siedzieliśmy w ogrodzie popijając wino. Wtedy poznałem wiele szczegółów z jego życia a opowiadanie przeplatane było prezentacją obrazów, którymi w Płochocinie wypełnionych było kilka pokoi. Czuło się wielką pasję i radość tworzenia u Pana Sergiusza, choć dobiegał 90-tki. Jak u wszystkich malarzy kolorystów, kolor w obrazie był dla niego najważniejszy, a ogród pełen kwitnących kwiatów stawiał mnóstwo wyzwań kompozycyjnych, zwłaszcza kolorowe, napuszone piwonie.  Dowiedziałem się także, że maluje również późną jesienią i zimą, prosząc wnuka aby zawoził go w podwarszawskie plenery do Łomianek, tam potrafił w ciągu kilku kwadransów namalować dwa lub trzy pejzaże akwarelowe w formacie 50×70 cm. Wspominał także wrzesień 1939 roku i trzydniową obronę Mławy, w której uczestniczył jako świeży absolwent podchorążówki, żołnierz 20. Dywizji Piechoty.  Umówiliśmy się wstępnie na kolejne spotkania. Tematów było wiele: młodość spędzona na Kresach, czasy wojny i okupacji, studia w ASP i SGGW a przede wszystkim jego największa pasja – malowanie i podróże, z których przywoził kolejne teki akwarel i uwiecznione na nich pejzaże, budowle, kwiaty. Raz jeszcze spotkałem się z Panem Sergiuszem, pół roku później, w jego mieszkaniu przy ulicy Askenazego na Targówku w Warszawie. Rozmawialiśmy o wystawie w Ożarowie Mazowieckim i wykorzystaniu reprodukcji jego obrazów do Księgi aforyzmów autorstwa Stanisława Kowalskiego, prezesa Fundacji Dzieciom i Programu Zdążyć z Pomocą, na co Pan Sergiusz zgodził się z radością. Egzemplarz tej księgi wydanej w 2006 r. przechowuję w swej bibliotece a jest w niej ponad 150 reprodukcji akwarel mistrza. Uczestniczyłem też w pożegnaniu Pana Sergiusza. Jego pogrzeb odbył się w cerkwi prawosławnej Św. Jana Klimaka w Warszawie – 17 czerwca 2008 roku. W pięknym i bardzo długim nabożeństwie oprócz rodziny i przyjaciół uczestniczyli przedstawiciele kultury, młodzież i samorząd Mławy, której był Honorowym Mieszkańcem.

Odszedł wybitny artysta, wspaniały i wrażliwy człowiek.

Kazimierz Stachurski
Ożarów Mazowiecki, lipiec 2021 r.

15-maluje-Sergiusz-GrudkowskiSergiusz Grudkowski przy pracy

Sergiusz Grudkowski – młodość

Sergiusz Grudkowski urodził się 11 lutego w Baranowiczach (obecnie Białoruś). Dzieciństwo i młodość spędził na Nowogródczyźnie i Wileńszczyźnie. Był harcerzem Wileńskiej Chorągwi ZHP.

Zdał maturę w Gimnazjum Humanistycznym w Baranowiczach.

Po maturze wstąpił do podchorążówki 20 Dywizji Piechoty WP.

Sergiusz Grudkowski  – żołnierz

Ukończył podchorążówkę 20 Dywizji Piechoty WP.w Słonimie

Szkoła Podchorążych Rezerwy (SPRez., SPR) – w Wojsku Polskim szkoła wojskowa kształcąca kandydatów na oficerów rezerwy.

Nazwa wywodzi się z okresu międzywojennego, kiedy to utworzono Szkoły Podchorążych Rezerwy. Do służby byli powoływani poborowi z cenzusem (absolwenci szkół średnich lub studiów). Służba trwała rok i składała się z okresu nauki w szkole, podczas której żołnierze posługiwali się tytułem szeregowego (strzelca, ułana, kanoniera) z cenzusem. Szkolenie kończyło się egzaminem i absolwenci otrzymywali stopień kaprala i tytuł podchorążego (w wyjątkowych sytuacjach plutonowego podchorążego). Drugim okresem służby (już podchorążego) była praktyka dowódcza w jednostce wojskowej. Po jej zakończeniu podchorąży był zwalniany do rezerwy. Stopień oficerski uzyskiwał po odbyciu dodatkowych ćwiczeń.

Był to Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy 20 Dywizji Piechoty przy 79 Pułku Piechoty w Słonimie.  

79 Pułk Piechoty Strzelców Słonimskich imienia Hetmana Lwa Sapiehy (79 pp) – oddział piechoty Samoobrony Litwy i Białorusi oraz Wojska Polskiego II RP.
W kampanii wrześniowej 1939 walczył w składzie 20 DP (Armii „Modlin”).

Sergiusz Grudkowski w stopniu kaprala-podchorążego został zmobilizowany w marcu 1939 roku i skierowany do budowy tzw. Pozycji Mławskiej. Była to linia polowych fortyfikacji i 55 żelbetowych schronów na północ od Mławy w rejonie działania Armii „Modlin”. Była to obrona najkrótszego odcinka z Prus Wschodnich do Warszawy.

Po wojnie major Grudkowski opisał budowę linii umocnień pod Mławą w opowiadaniu-wspomnieniu „Kubek gorącego mleka”. Całość prezentujemy w dziale Sergiusz Grudkowski – opowiadania.

Fragment wspomnienia Sergiusza Grudkowskiego z Mławy tuż przed wybuchem wojny:

W drugiej połowie sierpnia 1939 r. kiedy Niemcy agresywnie zaczęli występować pod adresem Francji, Anglii a przede wszystkim przeciwko Polsce nasza sytuacja w Mławie też radykalnie się zmieniła. Już wtedy wszyscy zaczęli głośno mówić, że wojna wisi na włosku.

Ludzie wykupują w sklepach cukier, mąkę — robią zapasy z sucharów. Szyby okienne wzmacniają naklejając krzyżowe paski papieru. Wzmacniają domowe piwnice.

W domach słychać było pieśni patriotyczne i religijne. O zmroku na ulicach pustki. W mieście wzmocnione patrole wojskowe. Światła na ulicach pogaszone. W nocy oddziały wojskowe posiadają: „hasła i odzew” — odpowiadają przy spotkaniach patroli. Kościół otwarty przez 24 godziny — ludzie licznie idą do spowiedzi. Wzajemnie przepraszają się. Skłóceni sąsiedzi podają sobie dłoń. Są nawzajem życzliwi. Pamiętam byłem na nocnym patrolu. Patrol trzyosobowy. Ciemna noc. Jestem na wysokości obecnej ul. Długiej. Słyszymy ktoś idzie! „Stój — kto idzie swój”. „Hasło” — Warszawa, odzew „Ogień”. Droga wolna. Zbliżamy się do siebie. Był to patrol z 79 p.p. Dokąd idziecie? „Do kościoła” — była odpowiedź, pomodlić się. Poszliśmy razem. Drzwi w kościele otwarte. Wewnątrz ciemno, tylko kilka paliło się świec. Przed świętym obrazem przy bocznej ścianie, gdzie tliła się tylko jedna świeca. Modliła się jakaś kobieta — staruszka. Kapral z 79 p.p. wszedł z nami do kościoła, ukląkł obok tej postaci, która w głębokim skupieniu odmawiała paciorek.

Wzruszony to był moment cichej spowiedzi klęczącego żołnierza z bronią opartą o jego pierś i lekko pochylonej kobiety. Była to nasza cicha wspólna modlitwa. Prawdziwa, niewymuszona, ostatnia spowiedź przed walką. Uduchowiony wracałem do kwater na przedmieście Wólki do stodoły, do swego „kącika”, w głębokim milczeniu, aby nie obudzić obok śpiących na klepisku żołnierzy mojego plutonu. Zmęczony spałem tej nocy kamiennym snem.

Pierwsze 3 dni wojny żołnierze 20 Dywizji Piechoty (w której służył Sergiusz Grudkowski) pod dowództwem pułkownika Wilhelma Andrzeja Lawicz-Liszki bronili drogi na Warszawę.

Za twardą obronę Pozycji Mławskiej (bitwa pod Mławą) 20 DP zyskała u Niemców zaszczytną nazwę „żelaznej dywizji”.

Wraz z 20 DP w wojnie obronnej Sergiusz Grudkowski broni twierdzy Modlin a potem Warszawy. Przed rozwiązaniem 20 DP zakopuje z kolegami na polach między Targówkiem i Zaciszem działo pułkowe, które po wojnie trafiło do Muzeum Wojska Polskiego.

W jednym z wywiadów tak sam wspomina: Niemcy szli od Zacisza, byłem dowódcą przez dwa tygodnie działa przeciwpancernego76 mm. Nasze działo zakopaliśmy przy św. Wincentego, naprzeciw powojennego PGR-u, a po wojnie działo to odkopali robotnicy kładąc fundament pod hotel robotniczy…, to moje działo jest obecnie w Muzeum Wojska Polskiego.
Chodzę tam, przyglądam się mu, dotykam, przeżywam, wspominam – z tym działem szliśmy od Mławy, broniliśmy Mławy, Modlina…

Unika wzięcia do niewoli i wraca na Nowogródczyznę, w rodzinne strony.

Całą okupację – najpierw niemiecką a potem rosyjską, spędza w Słonimie.

Słonim to miasto powiatowe obwodu grodzieńskiego na zachodniej Białorusi. Ma ponad 50 tysięcy mieszkańców. Położony jest na Wysoczyźnie Nowogródzkiej przy ujściu Issy do Szczary — dopływu Niemna. Tu mieściła się rezydencja ostatniego hetmana wielkiego litewskiego — Michała Kazimierza Ogińskiego, budowniczego kanału łączącego Prypeć z Niemnem. Uczynił on ze Słonimia ważny ośrodek życia kulturalnego, zakładając w nim teatr operowy, orkiestrę oraz drukarnię. W czasie insurekcji kościuszkowskiej w sierpniu 1794 pod Słonimiem powstańcy stoczyli zwycięską bitwę z wojskami rosyjskimi. Po III rozbiorze Polski ziemia słonimska weszła w skład Imperium Rosyjskiego. W II RP Słonim był miastem powiatowym, należącym do województwa nowogródzkiego. W większości zamieszkiwany był przez Żydów. Polacy stanowili około 30% jego mieszkańców. Ponadto mieszkali w Słonimiu Białorusini i Tatarzy. Miasto po wkroczeniu wojsk sowieckich w 1939 roku znalazło się na terytorium przyłączonym do Związku Sowieckiego. W 1940 roku dużą część ludności polskiej deportowano w głąb ZSRR. W czasie okupacji niemieckiej w latach 1941–42 doszło do zagłady kilkunastu tysięcy Żydów słonimskich. Represje objęły także polską ludność miasta (na Górze Pietralewickiej rozstrzelano m.in. siostry zakonne: Ewę Noiszewską i Martę Wołowską — w 1999 roku zaliczone w poczet błogosławionych Kościoła katolickiego). W latach 1945–91 Słonim należał do Białoruskiej SRR. Dziś Polacy stanowią kilka procent jego mieszkańców. W mieście aktywnie działa Polska Macierz Szkolna. Co roku odbywa się organizowany przez mniejszość polską Międzynarodowy Festiwal Poloneza.

Grzegorz Kaczorowski

Tu też możesz przeczytać o Słonimie.

   

W 1944 roku na tereny Nowogródczyzny wkroczyły wojska sowieckie. Sergiusz Grudkowski wstąpił do I Armii Wojska Polskiego i został awansowany do stopnia podporucznika.

Walczy w sformowanym w sierpniu 1944 roku a zaprzysiężonym w październiku 1944 roku 32 Budziszyńskim Pułku Piechoty (w składzie 8 Drezdeńskiej Dywizji Piechoty).

Przejdzie z tym oddziałem 2 Armii WP szlak bojowy od Warszawy, przez Toruń, Bydgoszcz, Osiek, Poznań, Krotoszyn, Dobroszów, Wrocław, sforsowanie Nysy, Drezno, Horkę, Lomsk i Kamenz.

Podporucznik Grudkowski był dowódcą plutonu artylerii dział 45 mm.

Był dwukrotnie ranny. Zakończył szlak bojowy 11 maja 1945 roku w Melniku pod Pragą czeską. Został odznaczony Krzyżem Walecznych. (lista odznaczonych Krzyżem Walecznych z 32 Budziszyńskiego Pułku Piechoty na stronie).

Jeszcze jako oficer podejmuje pracę w Ministerstwie Ziem Odzyskanych zajmując się osadnictwem wojskowym.

W 1945 roku przeszedł do cywila w stopniu majora.

Często odwiedza miejsca ze swojego szlaku bojowego w wojnie obronnej 1939 roku i wojnie 1944-1945 roku.

Utrzymuje kontakty ze sformowaną w 1994 roku 20 Bartoszycką Brygadą Zmechanizowaną im. Hetmana Polnego Litewskiego Wincentego Gosiewskiego, która przejęła tradycje 20 Dywizji Piechoty, gdzie Sergiusz Grudkowski służył w 1939 roku.

Został Honorowym Obywatelem miasta Mławy, na przedpolach której budował linie bunkrów i umocnień od marca 1939 roku i brał udział w krwawej trzydniowej bitwie pod Mławą, broniąc drogi do stolicy

Sergiusz Grudkowski – rolnik

Od 1947 roku podejmuje prace związane z rolnictwem. Początkowo w Państwowych Nieruchomościach Ziemskich.

Państwowe Nieruchomości Ziemskie przejęły wszystkie dotychczas nierozparcelowane obiekty rolne o powierzchni ponad 100 hektarów i jego zadaniem była opieka nad przejętymi gospodarstwami oraz prowadzenie działalności rolniczej do czasu przekazania ziemi nowym użytkownikom.
PNZ przejmowały oprócz gruntów przeznaczonych do rozdzielenia również grunty należące do wojska oraz różnych instytucji państwowych, a także grunty osób prywatnych rezygnujących z przyznanej im ziemi.

Sergiusz Grudkowski był w komisji zajmującej się parcelacją znacjonalizowanych majątków ziemskich.

W 1957 roku ukończył studia w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie i uzyskał dyplom inżyniera rolnika.
Sergiusz Grudkowski przepracował w rolnictwie 27 lat.

Docelowo związał się z hodowlą roślin i nasiennictwem. Pracował w Państwowych Zakładach Hodowli Roślin. Był dyrektorem w Sandomiersko-Wielkopolskiej Hodowli Roślin, Dańkowskiej Hodowli Roślin, Nadwiślańskiej Hodowli Roślin i Warszawskiej Centrali Nasiennej, z której odszedł na emeryturę w 1974 roku.

Sergiusz Grudkowski – artysta malarz

Sergiusz Grudkowski spędził okupację w Słonimie (obecnie Białoruś). Do tego kresowego miasteczka dotarł malarz żydowski Henryk Hersz Szerer (1907-1941), absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, członek grupy plastyków „Czapka Frygijska” zrzeszającej artystów lewicowych, utożsamiających się z ideologią komunistyczną. Grupa działała w latach 1934–1937.

Henryk Szerer w Słonimie stworzył konspiracyjną szkołę malarską. Uczył przede wszystkim malowania akwarelami. Jego uczniami byli Sergiusz Grudkowski i jego przyjaciel Jerzy Lubański, późniejszy profesor krakowskiej ASP.

W 1945 roku Sergiusz Grudkowski podjął studia w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Jana Cybisa oraz w pracowni prof. Janusza Podoskiego . Ukończył je z wyróżnieniem.

.Sergiusz Grudkowski uprawiał malarstwo sztalugowe. Zachwycają jego mistrzowskie akwarele, był wybitnym kolorystą. Akwarela wymaga pewnej i szybkiej ręki, a to dają ćwiczenia i praca. Plama koloru musi być położona bezbłędnie. Nie ma możliwości poprawek.

Prace artysty znajdują się w zbiorach prywatnych, w muzeach w Polsce i za granicą, m. in. w Anglii, USA, Japonii, Niemczech, Austrii i Holandii.

Jego twórczość scharakteryzowano w katalogu do wystawy w 1998 roku:

Malarstwo i rolnictwo te dwie z pozoru różnorodne pasje łączy umiłowanie przyrody, ojczystego krajobrazu i pozytywistycznego tworzenia”.

Po przejściu na emeryturę z Warszawskiej Centrali Nasiennej poświęcił się tylko malarstwu i uprawiał je prawie 30 lat, aż do swojej śmierci.

Jest autorem wielu cykli tematycznych.
Cykl obrazów „Wisła od źródeł do ujścia” to owoc wyprawy kajakiem. Płynie kajakiem i maluje.
Odwiedził Ziemie Nowogródzką – Cykl akwarel „Tadeusza Kościuszki kraj lat dziecinnych” to wynik odwiedzin swojej nowogródzkiej ziemi rodzinnej w 1989 roku.
Pamięci swojego pierwszego nauczyciela malarstwa akwarelowego Henryka Szerera poświęcił cykl judaików, które wystawił w Izraelu.

Inne cykle malarskie to:
Kwiaty Mazowsza, Portrety starych drzew, Starówka i dachy płockie, Kwiaty, pejzaż praski i mazowiecki, Barwy Ziemi Mazowieckiej, Ginąca stara Praga (wystawa w 1997 r.). Cykl Sianokosy na Podhalu.
Cykl „Szkice z Rosji” namalował w 1995 roku w czasie podróży do Rosji (wystawa 2007 rok).

Aktywnie udzielał się w Studium Plastycznym Domu Wojska Polskiego. Brał udział w plenerach, wystawach, dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem w zakresie malowania. Zespół malarzy wojskowych liczył około 40 osób.

Malarz mieszkał na stałe na Targówku w Warszawie przy ulicy Askenazego.

Dom w Płochocinie to było miejsce spotkań z kolegami z wojska, z pracownikami SDR, z gośćmi, to był też plener malarski.

Galeria – Katalog malarstwa Sergiusza Grudkowskiego z 1998 roku

Sergiusz Grudkowski – społecznik

W czasie prac w Stacjach Hodowli Roślin dba o zastane zabytki.  

Angażuje się w ratowanie Domu Weteranów Powstania Styczniowego 1863 w Warszawie.

dawny-dom-Weteranów-Powstania-Styczniowego-1863-w-Warszawie

Dawny Dom Weteranów Powstania Styczniowego w 1863 roku, obecnie kuria Warszawsko-Praska. Zdjęcie ze strony:

Dawny Dom Weteranów Powstania Styczniowego 1863 roku powstał u zbiegu ulic Floriańskiej iJagiellońskiej na Pradze Północ w Warszawie.

Został wybudowany w latach 1896-1900 przez nieznanego architekta z inicjatywy rosyjskiego Czerwonego Krzyża i początkowo mieszkały w nim wdowy po poległych rosyjskich żołnierzach.

Weterani powstania zamieszkali w budynku w 1924 r. W latach 20. i 30. a szczególnie po dojściu Józefa Piłsudskiego do władzy największym symbolem patriotyzmu i walki o wolność byli weterani Powstania Styczniowego. Po prawie 70 latach od upadku powstania, żyjący bohaterowie zostali należycie uhonorowani. Władze II Rzeczypospolitej nagrodziły powstańców najwyższymi odznaczeniami wojennymi, nadano im przywilej noszenia munduru powstańca 1863 r. Noszenie granatowego munduru było nie tylko honorem – weteranom salutowali policjanci, żołnierze, a nawet generałowie i Marszałek – pisze w swoich wspomnieniach prażanin, T. Pawłowski.
W Domu Weteranów znajdowało się 20 miejsc dla byłych powstańców. Mieli tutaj zapewniony dach nad głową, wikt i opierunek, dostawali państwową pensję. Nadmiar wolnego czasu spędzali na graniu w karty i szachy. Mieli specjalną kwaterę na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Ostatni weteran (a w każdym razie podający się za takiego), Mamert Wandalli, zmarł w 1942 r.
Obecnie w budynku mieści się Kuria Warszawsko-Praska.

W latach pięćdziesiątych ściągał do pracy w Stacjach Hodowli Roślin wybitnych przedwojennych specjalistów i ochraniał ich przed represjami i naciskami systemu komunistycznego

Chronił, jak potrafił, od prześladowań ludzi, żołnierzy jak podchorąży WP Henryk Ossowski, ps. „Dołęga”, herbu Dołęga (1918 -1981), właściciel majątku Kunice, adiutant majora  Henryka Dobrzańskiego „Hubala”.

Sergiusz Grudkowski nie rozstawał się ze szkicownikiem. Sportretował wielu wybitnych hodowców. Do serii tych szkiców należą trzy karykatury z Płochocina doktorów Gustawa (1885-1957) i Stanisława (1882-1960) Janaszów oraz Bronisława Prüffera (1900–1980).

W zbiorach Muzeum Rolnictwa znajduje się ok. 120 szkiców portretowych ludzi zasłużonych dla rolnictwa.

Włączył się w odbudowę cmentarza żydowskiego na Bródnie przy ulicy św. Wincentego róg Odrowąża  na Targówku w Warszawie.

Pielęgnował trwałe przyjaźnie w środowisku harcerskim ze względu na młodzieńczą przynależność do ZHP.

Był organizatorem i projektantem Muzeum Krawiectwa w Warszawie.

Otrzymał tytuł „Zasłużony Działacz Kultury”.

Ważny był dla Sergiusza Grudkowskiego każdy człowiek, szczególnie potrzebujący. Na Mazurach, które lubił odwiedzać, załatwił rentę dla 104. letniej mieszkanki wsi Cimchowizna.

Sergiusz Grudkowski – podróżnik

Sergiusz Grudkowski całe życie wiele podróżował. W czasie swoich wypraw nie rozstawał się ze swoim szkicownikiem, sztalugami. Zjeździł Polskę od Mazur po Tatry, odbył wiele wypraw zagranicznych. Odwiedził Grecję, Włochy, Maroko, Egipt, Indie, Rosję, Gruzję, Łotwę, Litwę, Białoruś, Niemcy, Austrię, Bułgarię, Jugosławię, Francję i Algier.

Powstają cykle: Impresje śródziemnomorskie, Bułgarskie impresje  czarnomorskie, Wiedeń i okolice, Wołga, Niemen i wiele innych.

Fascynowały go góry, nie tylko Tatry, Beskidy i Bieszczady ale też Kaukaz Wchodzi na Elbrus w 1958 roku (Grudkowski, Zalichanow, Wdowiak)  i przywozi cykl akwarel z Kaukazu.

 

Sergiusz Grudkowski – opowiadania

29-Sergiusz-Grudkowski-akwarela-Bazar-RozyckiegoAkwarela Sergiusza Grudkowskiego Bazar Różyckiego. Zdjęcie i opowiadanie ze strony

Wspomnienia z Bazaru Różyckiego – pestki, pestki, pestki

Któregoś wiosennego dnia na Bazarze Różyckiego, tuż przy beczce z kiszoną kapustą stał samotny, niepozorny człowiek średniego wzrostu, ubrany w jasną, kraciastą marynarkę. Na głowie miał czapkę, mocno nasuniętą, aż prawie po uszy. Opuszczony daszek tej czapki sięgał mu prawie do jego zadartego, sinego nosa.

Tłok tego dnia na bazarze był dość duży. Ten samotnie stojący człowiek co chwila głośno wołał: pestki, pestki, pestki… Wołanie czasami przerywał, bacznie rozglądając się na wszystkie strony, wypatrując jednocześnie w tłumie jakiegoś znajomego. Po krótkim nabraniu oddechu opuszczał głowę i potem znowu wołał: pestki, pestki, pestki… Stał lekko zgarbiony, nie ruszając się z miejsca. Na ziemi, przed nim nie było żadnego rozłożonego towaru do sprzedaży. Ręce miał głęboko wepchnięte w boczne kieszenie poplamionych spodni. Gdy przechodziłem obok niego, on trochę głośniej krzyknął: pestki, pestki, pestki – adresując ten okrzyk jak gdyby do mnie, zwracając jednocześnie swoją twarz w moim kierunku.

Zwolniłem wtedy krok i z zaciekawieniem zatrzymałem się na chwilę przed nim. Odruchowo spojrzałem w jego twarz i bez namysłu zapytałem:
– Czy mogę kupić trochę tych pestek?. Zastrzegłem przy tym:
–  Proszę o pestki dobrze podsuszone i rumiane, podsmażane na patelni, bo tylko takie mi smakują.

On spojrzał na mnie ostrym, badawczym wzrokiem. Lekko się uśmiechnął i po krótkim zastanowieniu, pochylając w moim kierunku swoją głowę, cicho zapytał:
– Jaki kaliber i ile sztuk?

Gdy padły te słowa, w mig zrozumiałem, że on sprzedaje nie nasiona dyń do jedzenia, lecz trefny towar do nielegalnie posiadanej broni palnej. Zreflektowałem się natychmiast i natychmiast odpowiedziałem krótko i cicho:

– Dziesięć sztuk do nagana. Odpowiedź też była krótka:
–  Dziś mam „szóstki”, ale jutro mogą być do nagana.

Wypowiadając te słowa, ułożył swoją dłoń w trąbkę przy swoich ustach. Na moje kiwnięcie głową i znak zgody, zmierzył mnie ponownie od stóp do głowy, wzrokiem poważnym – jak gdyby mnie szacował – co jestem wart i czy ja mam forsę. Potem jeszcze raz zbliżył się do mnie i cicho do mego ucha szepnął, powtarzając:
– Do nagana mogą być jutro.
– Dobrze – kiwnąłem głową.
– Ile sztuk? – zapytał.
–  Na razie dziesięć mi wystarczy – odparłem, pokazując swoich dziesięć palców dwóch rąk.
– Jutro będą, ale w bramie przy wejściu do bazaru na ulicy Kępnej 48, tuż przy księgami „Gebethnera”. Jutro o 14-tej w bramie – powtórzył, akcentując „w bramie”. – Pasuje – zerknął na mnie, mrużąc oko.
– Tak oczywiście – odpowiedziałem.
–  No, to do jutra – skwitował i konspiracyjnie podał mi rękę na znak zgody.

Poczułem, mocny, ale bardzo znaczący uścisk dłoni. Jeszcze raz spojrzał mi w oczy widocznie dla zapamiętania mojej twarzy i natychmiast bez dalszych słów oddalił się, wpatrując się w wesoły bazarowy tłum praskiej publiczności i ferajny.

Sergiusz Grudkowski

Tekst pochodzi  z Jednodniówki Stowarzyszenia Kupców Warszawskich  Bazaru Różyckiego

 

Opowiadanie a raczej wspomnienie obrony Mławy 1-3 września 1939 roku

opublikowane w IX tomie „Ziemi Zakrzeńskiej” (Mława 2005)

30-Sergiusz-Grudkowski-olej-Bitwa-pod-Mlawa-1939-20-PPObraz olejny Sergiusza Grudkowskiego Bitwa pod Mławą 1939

„Kubek gorącego mleka”

Kilka lat przed II wojną światową, gdy byłem jeszcze uczniem czwartej klasy gimnazjalnej, na lekcji geografii był półroczny egzamin. Zostałem nieoczekiwanie wywołany „do tablicy” przez nauczyciela. Z dużym strachem wyszedłem na środek klasy przed czarną tablicę do odpowiedzi. Nauczyciel wskazując dużą mapę Polski, która była zawieszona na czołowej ścianie naszej klasy — zadał mi takie pytanie: „Proszę wskazać, gdzie leży Mazowsze Północne i miasto Mława oraz powiedzieć jaka tam zamieszkuje ludność? Pytanie było proste, ale dla mnie bardzo zaskakujące, bo ten zakątek naszego kraju był w tamtych czasach mało atrakcyjny i krajoznawczo niepopularny. Szkolne wycieczki były przeważnie kierowane w tatrzańskie góry i nad morze do Gdyni. Stojąc przed tablicą zaczerwieniłem się i prawie nic nie mogłem powiedzieć ciekawego i rzeczowego o Mazowszu i Mławie. Natomiast o Warszawie, Krakowie i nawet o Wieliczce, gdzie byłem tak niedawno na krajoznawczej wycieczce mogłem mówić godzinami. A o Mławie nic nie powiedziałem!

Uczeń jest słabo do egzaminu przygotowany — orzekł profesor i kazał mi wrócić do ławki. Do ławki wróciłem smutny i nawet zły na egzaminatora, który zadał mi tak nieoczekiwane proste pytanie o Mazowszu oraz jeszcze przed całą klasą głośno oznajmił o wystawieniu mi niedostatecznego stopnia. Był to wyjątkowo pechowy dzień, tak sobie potem tłumaczyłem. Ale przy następnym poprawkowym egzaminie z tego przedmiotu otrzymałem już ocenę pozytywną, bo o Mławie wyśpiewałem „na piątkę”. Gdy zdawałem egzamin maturalny o  Mławie już mnie nikt więcej nie pytał. W następnych latach całkowicie zapomniałem o istnieniu tego miasta na świecie. Tematem moich dalszych zainteresowań na wyższych studiach było malarstwo i rolnictwo z pominięciem geografii. Dopiero w 1939 r. zmuszony byłem ponownie i całkiem nieoczekiwanie przypomnieć sobie o istnieniu Mławy i w dużym pośpiechu szukać na mapie geograficznej Polski tę mazowszańską miejscowość, równocześnie kojarząc ze szkolnym egzaminem na lekcji geografii. Przyczyną była nieoficjalna mobilizacja 20 Dywizji Piechoty na terenie dawnych tak zwanych Kresów. W miesiącu marcu 1939 r. dywizja ta dostała rozkaz natychmiastowego wymarszu z koszar na teren Północnego Mazowsza i to w okolice Mławy.

W tym szybkim żołnierskim marszu do Mławy miałem zaszczyt maszerować jako świeżo upieczony (mianowany) kapral podchorąży. Maszerowałem w pełnym bojowym rynsztunku z karabinem w ręku i maską przeciwgazową przy boku. Tak też była wyposażona cała 20 Dywizja. Maszerowałem w tereny całkiem mnie nieznane do nowego trudnego egzaminu życiowego z wyraźnym zadaniem obrony i zabezpieczenia tego miasta przed śmiertelnym wrogiem z północy.

W napięciu maszerowałem do Mławy z tym przeświadczeniem, że ten tak ważny nowy egzamin muszę zdać obowiązkowo i to wzorowo. Wkraczając do tego cichego i spokojnego miasta, jakim w owym czasie była Mława, całkiem nie przypuszczałem, że już po kilku dniach wtopię się w to Miasto „bez reszty” i będę nie tylko jej obrońcą w czasie wojny, ale po wielu latach także jej „Honorowym Obywatelem”!

Po wkroczeniu naszego wojska do Mławy zostaliśmy zakwaterowani w zwykłych małych drewnianych mieszczańskich domkach i wiatrem podszytych stodołach. W samym końcu takiej stodoły na Wólce miałem swoje stałe legowisko (u Kamińskich). Obok w długim rzędzie na klepisku tej stodoły leżał dwunastoosobowy mój pluton ppanc. przykryty w czasie snu cienkim polowym kocem.

Po codziennej saperskiej pracy, którą wykonywano na przedpolu mławskiej linii obronnej, spali mocno, ale czujnie. Z tej to stodoły codziennie rano o godz. 6.00 budził nas dyżurny podoficer do pracy w okopach, gdzie rano z kuchni polowej otrzymywaliśmy posiłki i dalsze wojskowe rozkazy na dzień bieżący.

Budowaliśmy betonowe schrony oraz głębokie okopy przed którymi były rozpięte druty kolczaste i w ziemi zamaskowane miny przeciwczołgowe. Budowa schronów i kopanie okopów było naszym głównym zajęciem już od samego wkroczenia do Mławy aż do dnia wybuchu wojny. Do 1 września życie w mieście było normalne, ciche i spokojne. Współżycie wojska z ludnością cywilną układało się przyjacielsko i gościnnie. Wojsko budowało schrony na przedmieściu Mławy a mławianie spokojnie i bezpiecznie pracowali na roli. W drugiej połowie sierpnia 1939 r. kiedy Niemcy agresywnie zaczęli występować pod adresem Francji, Anglii a przede wszystkim przeciwko Polsce nasza sytuacja w Mławie też radykalnie się zmieniła. Już wtedy wszyscy zaczęli głośno mówić, że wojna wisi na włosku.

Ludzie wykupują w sklepach cukier, mąkę — robią zapasy z sucharów. Szyby okienne wzmacniają naklejając krzyżowe paski papieru. Wzmacniają domowe piwnice.

W domach słychać było pieśni patriotyczne i religijne. O zmroku na ulicach pustki. W mieście wzmocnione patrole wojskowe. Światła na ulicach pogaszone. W nocy oddziały wojskowe posiadają: „hasła i odzew” — odpowiadają przy spotkaniach patroli. Kościół otwarty przez 24 godziny — ludzie licznie idą do spowiedzi. Wzajemnie przepraszają się. Skłóceni sąsiedzi podają sobie dłoń. Są nawzajem życzliwi. Pamiętam byłem na nocnym patrolu. Patrol trzyosobowy. Ciemna noc. Jestem na wysokości obecnej ul. Długiej. Słyszymy ktoś idzie! „Stój — kto idzie swój”. „Hasło” — Warszawa, odzew „Ogień”. Droga wolna. Zbliżamy się do siebie. Był to patrol z 79 p.p. Dokąd idziecie? „Do kościoła” — była odpowiedź, pomodlić się. Poszliśmy razem. Drzwi w kościele otwarte. Wewnątrz ciemno, tylko kilka paliło się świec. Przed świętym obrazem przy bocznej ścianie, gdzie tliła się tylko jedna świeca. Modliła się jakaś kobieta — staruszka. Kapral z 79 p.p. wszedł z nami do kościoła, ukląkł obok tej postaci, która w głębokim skupieniu odmawiała paciorek.

Wzruszony to był moment cichej spowiedzi klęczącego żołnierza z bronią opartą o jego pierś i lekko pochylonej kobiety. Była to nasza cicha wspólna modlitwa. Prawdziwa, niewymuszona, ostatnia spowiedź przed walką. Uduchowiony wracałem do kwater na przedmieście Wólki do stodoły, do swego „kącika”, w głębokim milczeniu, aby nie obudzić obok śpiących na klepisku żołnierzy mojego plutonu. Zmęczony spałem tej nocy kamiennym snem.

O świcie obudził mnie dyżurny żołnierz, lekko trącając w lewe ramię. Szybko i cicho wstałem zabierając z prowizorycznego stojaka karabin i metalowy zimny hełm żołnierski na głowę. Kładąc się do snu, wiedziałem, że dnia następnego o świcie był mój kolejny wyznaczony obowiązek udania się o świcie na budowę, aby podlać wodą świeżo wylany beton. Cichaczem wyszedłem ze stodoły nie robiąc hałasu i nie budząc śpiących żołnierzy, którzy wrócili z drugiej zmiany.

Ze stodoły musiałem przejść przez małe gospodarskie podwórko i wyjść na ulicę a następnie szybko polną ścieżką iść w kierunku lasu, gdzie była nasza „linia obrony” i okopy oraz schrony betonowe i polowa kuchnia. Kiedy przechodziłem przez to małe podwórko i byłem kilka kroków od bramy wyjściowej, usłyszałem doniosły głos wołający kobiety — gospodyni do domu, która wyszła z domu na mały ganek z blaszanym emaliowanym kubkiem wołając w moim kierunku „Panie podchorąży” — niech Pan się zatrzyma i napije choć trochę gorącego mleka, to Panu dobrze zrobi — Do Waszej kuchni polowej w lesie jest daleko. Mój syn jest też dzisiaj daleko.

Miesiąc temu został powołany do służby wojskowej tam gdzieś pod Lwów, na takie same ćwiczenia jak Pan tu — w Mławie.

Czy dziś rano znajdzie się tam przypadkowo blisko jego okopów jakaś matka, która mogła by mu dać choć kroplę gorącego mleka? Proszę niech Pan pije! Jest gorące!! To mleko dobrze Panu zrobi i przypomni się też Panu dom oraz Pańska „Kresowa Rodzina”.

Zatrzymałem się na środku podwórka. Zaszkliły się moje oczy. Rzeczywiście po wypiciu tego mleka przypomniał mi się mój rodzinny dom i moja ukochana Matka, która żegnała mnie ze łzami, w podobny sposób, gdy ostatni raz żegnałem się z Nią w tych samych okolicznościach przy szeroko otwartej bramie z kartką mobilizacyjną w kieszeni.

Z wielkim wzruszeniem wypiłem gorące mleko, patrząc równocześnie w bladą twarz obcej Matki, na policzku której widziałem krople spadających łez. Oddając emaliowany kubek, pocałowałem Jej spracowaną zimną rękę. Ze skromnością szybko cofnęła rękę i ukryła ją pod biały kuchenny fartuch. A ja niby poprawiając żołnierski hełm końcem swego rękawa obtarłem zroszone ze wzruszenia moje oczy. W podziękowaniu chciałem uklęknąć na oba kolana ale przeszkadzał mi mój karabin który trzymałem w lewym ręku. Wyprostowałem się tylko do pozycji „na baczność”, trzaskając głośno ostrogami, które miałem przypięte przy butach. Przepisowo zasalutowałem dwoma palcami. Jeszcze raz spojrzałem w twarz owiniętą białą chustką oraz na całą postać, która do złudzenia przypominała mi sylwetkę Mojej Ukochanej Matki.

Szybkim krokiem pobiegłem w kierunku lasu do budującego schronu zraszać świeżo wylany beton.

Sergiusz Grudkowski, Obrońca Mławy

P.S.
To opowiadanie poświęcam ku pamięci MOJEJ UKOCHANEJ MATKI
i Wszystkim Matkom z Mławy za ich dobroć.

Dodaj komentarz